Jedzenie Zero Waste

Weź trochę ciasta – czyli o dostawianiu jedzenia, którego nie chcemy

Grudzień 20, 2017

Jeśli jedziecie na święta do rodziny i nie daj Boże na co dzień mieszkacie daleko, będziecie wiedzieli doskonale o czym mówię. „Zapakuje Ci barszcz do słoika, mam tu kawałek ryby, weź, weź u nas się zmarnuje” – mówi mama, babcia, teściowa, a my grzeczniej przyjmujemy. Tylko, czy w naszym domu się nie zmarnuje?

Studiowałam 700 km od rodzinnego domu, 12 h i 40 min pociągiem przed czasami Pendolino. Zazdrościłam strasznie tym, którzy mieszkali bliżej i po każdym weekendzie przywozili torby pełne zup, konfitur, dżemów, sosów i pierogów. Ja przyjeżdżałam zawsze obładowana jak mieszkaniec cygańskiego taboru (a to przywiozłam buty na zimę, a to książki, płaszcz i tak dalej). Prawie nigdy w moich bagażach nie było jedzenia. Było za ciężkie lub mogło łatwo się zepsuć podczas podróży w nieokreślonych warunkach (czasem w przedziale był śnieg i zmarznięte od środka szyby, czasem było gorąco jak w afrykańskim buszu). Kilka razy jednak próbowałam i te historie wpłynęły na to jak teraz podchodzę do słów: „Weź, weź, zjesz w domu na kolację”.

  • Wracałam zimą do Krakowa. W torbie od mamy moje ulubione ciasto przekładane kremem. Cudowne, smaczne, powód, dla którego czekam na Wigilię. Takie, które kiedy tylko pojawia się w domu jem na śniadanie, lunch i podwieczorek, mimo że normalnie ze słodyczy najbardziej lubię chipsy. Jechałam nocnym pociągiem, jak zwykle – na ostatnią chwilę. Wysiadałam o 6, szłam do mieszkania się przebrać i przepakować, a o 9 już byłam na wykładach, jak gdyby nigdy nic. Ciasto mojej mamy miało mi dać energetycznego kopa z samego rano. Niestety kiedy je wypakowałam było już skwaśniałe. Na zajęcia poszłam zła i głodna.
  • Przywiozłam do mojego studenckiego mieszkania fasolkę w sosie pomidorowym. W słoiku. Ważyła swoje, ale zmieściła się do bagażu i nie stłukła w drodze okręcona kilkoma materiałami. Włożyłam ją do lodówki i cieszyłam się jak nigdy wiedząc, że mam z głowy obiad na dwa dni. Warto dodać, że kuchnie mieliśmy jak w domku dla lalek, a jej stan przypominał bardziej pomieszczenie do rozbiórki niż „serce domu”. Z czterech palników działały dwa, blat był tak stary, że kiedyś złamał się pod ciężarem naczyń i takie historie. Gotowanie wymagało dobrej organizacji, determinacji i mniej więcej 2 godzinnego sprzątania po tych lokatorach, którzy o tym zapomnieli. Gotowe jedzenie w lodówce to było coś. Kiedy zadowolona wróciłam do mieszkania, już w progu spotkałam moją współlokatorkę. Poinformowała mnie, tak jakby nic wielkiego się nie stało: Beata, niechcący zbiłam jakiś Twój słoik z lodówki…
  • Na koniec była historia o pierogach. I to nie byle jakich, bo pierogach od babci, czyli najlepszy smak, najlepsza jakość, idealnie takie jakie powinny być. Pierogi przywiozłam bez szwanku. Zjadłam część, a resztę błyskawicznie zamroziłam. Musiałam wyjechać na kilkudniowy wyjazd, więc chciałam, żeby bezpiecznie czekały na mnie w zamrażalniku. W tym, w którym nigdy nic nie mroziłam, bo co tu mrozić, kiedy nic nie przywozi się z domu, a gotuje codziennie tyle co dla jednej osoby? Wyjechałam, wróciłam i dowiedziałam się, że w weekend (kiedy nikogo nie było w mieszkaniu) była awaria prądu. Lodówka się rozmroziła. Nim w niedzielę wieczorem ktoś ogarną tę sytuację część jedzenia się zepsuła. Ciężko było ocenić co jeszcze nadaje się do jedzenia, a co już kompletnie nie, więc do śmietnika trafiło wszystko z zamrażarki, w tym też i moje pierogi.
kuchnia prawie każdego domu zamienia się w święta we wnętrze restauracji gotujące dla tabunu wojska- potem z tym jedzeniem nie ma co zrobić

kuchnia prawie każdego domu zamienia się w święta we wnętrze restauracji gotujące dla tabunu wojska- potem z tym jedzeniem nie ma co zrobić/ pexels.com

Jedzenie, którego nie potrzebujecie

Po co o tym mówię? Myślę, że większość z Was miała kiedyś podobna historię, a jeśli nie możecie zaadoptować moje i używać ich jako broni w walce z jedzeniem, którego nie potrzebujecie. W święta: ciasta, mięsa, szynki, sałatki i inne specjały atakują nas z każdej strony. Pół biedy, kiedy można wybrać co się chce zabrać. Gorzej, kiedy perfekcyjne gospodynie od razu pakują po obiadowy pakiet nie pytając nawet zainteresowanych o preferencje. Tak więc dostajemy pół królika (mimo, że nie jemy mięsa), ciasta jak dla pięciu osób i sałatkę o której już wiemy, że zepsuje się w drodze. Mi, szczególnie wtedy, kiedy podróżowałam samochodem lub goście przyjeżdżali do mnie zdarzało się dostać 5 kilo jabłek i 30 jajek i nie, nie z własnego gospodarstwa, bo nie mam rodziny na wsi.

Jak więc unikać świątecznego i każdego innego niepotrzebnego obdarowywania? I co można jednak wziąć ze sobą? Sposoby nie są uniwersalne, ale sprawdzają się u mnie. 🙂

1. Sprawdzam dokładnie stan lodówki przed wyjściem lub wyjazdem. Wiem, czy mam zupę, czy został jakiś chleb i czego mi brakuje. Wtedy, kiedy ktoś chce mi koniecznie coś podarować wychodzę z tym czego naprawdę nie mam i co wykorzystam.

2. Biorę swój pojemnik. Jeśli już zakładam, że wrócę z czymś do domu lepiej, żeby było to zapakowane w moje opakowanie niż np. 10 nałożonych na siebie woreczków jednorazowych. Na wstępie oznajmiam, że nic nie biorę. I tak z czymś wyjdę, bo to tak nie działa, że jak się nic nie chce to się nic nie dostaje 🙂 . Odmowa na początku zmniejsza entuzjazm przy przygotowywaniu dań na wynos dla „kochanych gości” i zawsze jest tego mniej niż gdy nie powiemy nic.

3. Odmawiam stanowczo wszystkiego co powinno być przechowywane w lodówce, jeśli do domu mam więcej niż 2h drogi

4. Nie biorę więcej niż jestem w stanie zjeść w jeden dzień. Na początku może się wydawać, że duży kawał ciasta, dwa słoiki sałatki i pół ryby to świetny interes, gotowanie z głowy na trzy dni. Niestety jest tak, że po świętach nie będziemy chcieli już jeść tych samych potraw, wrócimy do pracy, zjemy poza domem i nadmiar w lodówce się zmarnuje.

5. Wybieram tylko to co lubię jeść. To wydaje się logiczne, ale czasem, jeśli mieszkamy z kimś pojawia się sugestia, żeby wziąć coś dla tej drugiej osoby. Za nim podejmiemy taką decyzję lepiej zadzwonić
i zapytać: czy chce otrzymać to co mu przywieziemy. Eksperymentalne smaki odpadają, bo się zmarnują.

świąteczne potrawy są pyszne i wyglądają świetnie, tylko czy wytrzymają w tym stanie wzięte na wynos?/ kaboompics.com

świąteczne potrawy są pyszne i wyglądają świetnie, tylko czy wytrzymają w tym stanie wzięte na wynos?/ kaboompics.com

I tak z wyjazdów do domu przywożę kawałek ciasta, porcję obiadu, którą zazwyczaj zjadam już w pociągu; czasem kilka owoców albo słoik miodu.

Jestem przeciwnikiem marnowania żywności i sama często urządzam wielkie rozdawanie, kiedy mam za dużo zupy, pierogów albo innych przysmaków. Ważne jednak żeby unikanie marnowania było robione dobrze. Wciskanie komuś słoików z barszczem, którego nie zje nie zmniejsza marnotrawstwa a spycha odpowiedzialność na drugą osobę. Zamiast ją obdarować wręczamy jej kłopot. Dlatego jeśli już chcecie podarować swoim gościom nadprogramowe jedzenie zapytajcie ich co by chcieli i ile. Nie dawajcie im ani odrobiny więcej niż zasugerowali, a jeśli zechcą coś co się łatwo psuje opowiedzcie im ku przestrodze moje studenckie historie.

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply strażaczka Styczeń 11, 2018 at 3:56 pm

    Bardzo fajny post i blog

  • Reply skoczek Styczeń 12, 2018 at 3:51 pm

    Beti ! Od dzisiaj będą Twoją zagorzałą czytelniczką! 🙂 Tematyka bloga bardzo ciekawa, ja może nie jestem jakaś bardzo ekologiczna, ale tyle ile mogę, to się staram 😀 szczególnie jeśli chodzi o jedzenie i gotowanie, już od dawna wszelakie mixy, fixy i dania w proszku omijam szerokim łukiem. Jeśli chodzi o temat w poście- też jestem tego zdania co Ty, nie ma co brać jedzenia, którego nie będziemy w stanie zjeść, albo się po prostu zmarnuje. Też mam takową historię z przywożeniem jedzenia. Raz, kiedy parę lat temu jechałam w odwiedziny do Damiana do Sztokholmu zabrałam dla niego w słoiku jego ukochany bigos. Niestety chyba bigos nie przeżył za bardzo podróży, bo po zjedzeniu bigosu Damian się pochorował.
    Czekam na kolejne posty! 😀 BUZIOLE!

    • Reply prostemiasta Styczeń 14, 2018 at 9:26 pm

      Dzięki za miłe słowa 🙂 O Twoje ekopodejście się nie martwię 🙂 A z tym jedzeniem, to jest właśnie tak jak mówisz: Człowiek chce dobrze a potem wychodzi, że albo wszystko do kosza albo ktoś się pochorował. Pozdrowienia dla Damiana:)

    Leave a Reply

    Wykorzystuję pliki cookie, aby blog działał lepiej Polityka prywatności

    The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

    Close